Scena 1-2 (97/98) 2019Scena 3-4 (95/96) 2018Scena 1-2 (93/94) 2018

Degenerowanie teatru

 

Spektakl stawia pytanie o tożsamość męskości, w całej swojej rozciągłości obejmując obszary zarówno hetero – jak i nieheteronormatywne.” – informuje na stronie internetowej poznański Teatr Polski o wystawionych w marcu Ślubach panieńskich. Ściśle mówiąc, a na tym chyba Teatrowi zależy, premiera miała miejsce 8 marca – w dniu, w którym dawniej obchodzono Święto Kobiet (dawniej, bo jest podejrzenie, iż ustanowienie tego święta służyło utrwalaniu heteronormatywnych reguł w życiu społecznym). Z cytowanego źródła, dowiemy się jeszcze, że przedstawienie: „…jest próbą uruchomienia innej narracji (…) w dialogu między mężczyznami a dyskursem feministycznym”. Ponieważ cały tekst utrzymany jest w stylistyce bełkotliwej, nowo-mownej „narracji”, znikomy z niego pożytek dla ewentualnie zainteresowanego produktem. No, ale od czego krytyka teatralna – wortale, portale i dziesiątki bla-ble-ble-blogerów. Szybko pojawiła się recenzja (teatralny.pl wroclaw). Profesora Juliusza Tyszkę (teatrolog, kulturoznawca, performatyk) uradowało „zdekonstruowanie Fredrowskiej fabuły”, czyli to, co zrobili Andrzej Błażewicz (reżyser) i Paweł Sablik (dramaturg) – „radykalnie pokreślili dramat”, wycięli kilka postaci, zostawili tylko motyw damsko-męskich zmagań (dodajmy – montując obsadę wyłącznie z osób, które dotąd prywatnie i zawodowo funkcjonują jako mężczyźni). Staroświecczyzny Ślubów… nie można traktować poważnie, z niej nie da się „wyartykułować aktualnego przesłania”, zatem akceptacja tej staroci to dowód ideowego, duchowego kalectwa, groźnego dla społeczeństwa – wywodzi Profesor-kulturoznawca, po czym ostatecznie rozprawia się ze wstecznictwem: Kto to dziś spokojnie przełknie, bez politowania? Nawet najzagorzalsi tradycjonaliści nie są już w stanie zaakceptować takiej perspektywy, a jeśli ktoś jest w stanie, to znaczy, że z jego przystosowaniem społecznym jest coś nie tak, a jego duchowa przystań mieści się gdzieś w okolicach Państwa Islamskiego.

Zdeptawszy tradycjonalistów – Fredrę i jego dzisiejszych admiratorów – Profesor–teatrolog ujawnia nowe znaczenie i sceniczny kształt centralnego motywu – wątek zrównania miłości hetero i homo, dopełniony, wzmocniony i ukonkretniony długą sceną miłosną w wykonaniu dwóch nagich mężczyzn. Teraz może już Profesor–performatyk wyartykułować rewolucyjny sens inscenizacji: Sedno i główne przesłanie – totalny manifest środowisk LGBT.

*

50 lat temu reżyser Jerzy Krasowski wystawił we wrocławskim Teatrze Polskim Zemstę Fredry. Realizacja wprawiła w stan podniecenia czołowych krytyków: „odbrązowiona prawda”, „odmitologizowany obraz szlacheckiej Polski”, „nowatorstwo”, „dokonanie historyczne”. Nie zdzierżył Konstanty Puzyna: niech będę jednym sprawiedliwym w tej Sodomie zachwytu. I wypunktował pomysły wynoszonego pod niebiosa inscenizatora: „unowocześnił” akcję chwytami z westernu i Kurosawy, sprymitywizował postaci, dopisując im tanie i wulgarne gagi, dodał Cześnikowi i Rejentowi dwie zgraje szlacheckich stronników, którzy leją się, aż trzeszczy. Krasowski zrobił wszystko, żeby inscenizacja spodobała się złaknionym poszukiwaczom śmiałych odczytań i odkrywczych interpretacji starzyzny, ale też oczekującej na ubaw i „numery” publiczności. I reżyser, i krytycy nie zauważyli (zapomnieli?), że Zemsta to artystyczne cacko z dawnej epoki – misternie zbudowany świat. Pech chce, że Fredro był bardzo dobrym komediopisarzem.”Zemsta” to już nie utwór, to organizm. Wyrosły w odrębnej, zamkniętej kulturze obyczajowej, w świecie, którego już nie ma, z trudem przystosowuje się do gustów współczesnej sceny i widowni. Ale zniesie niejedno, byle szanować jego prawa… A przeszczepy odrzuca. Odrzuca uparcie. I umiera na scenie, nie przyjąwszy ich jako ratunku.

 

*

Uśmiercenie, na scenie Teatru Polskiego w Poznaniu i w recenzji badacza, kształtu i sensu Ślubów panieńskich to kolejny, jeden z najsmutniejszych (bo ile w końcu mamy tych arcydzieł), przejaw upadku naszego teatru i myślenia o teatrze. Więc co – przygotowywać się do odprawienia egzekwii? Jeszcze nie wszystko stracone! Przed 50 laty Puzyna przyjął na siebie rolę sprawiedliwego w Sodomie. Dzisiaj na piszących o teatrze liczyć nie można, na szczęście trzeźwość umysłu i jasność widzenia nie umarły wraz ze zgonem krytyki. Swojej recenzji Tyszka dał tytuł „Nieheteronormatywne zgenderowanie Fredry” [podkreślenie LŚ]. Publikacja doczekała się dwóch (oto dzisiejsze znaczenie krytyki!) komentarzy. Jeden z nich – genialny! Jakub Turkiewicz (ujawniony autor) napisał po prostu: „Zrobiła Wam się literówka w słowie ZDEGENEROWANIE” [podkreślenie LŚ]. Jednym zdaniem „załatwił” rewolucyjny manifest artystów i mozolny, długaśny „dyskurs” teatrologa-kulturoznawcy-performatyka.

Lech Śliwonik