Pokolenia przechodzą,
Mając gdzie stawić nogę;
Jeśli łany ogrodzą,
Zostawują choć drogę…C.K.Norwid Tymczasem
Wyrastamy z głębokiej tradycji społecznej służby kulturze, z tradycji szlachetnego ruchu żywego słowa. Niezmiennie od pół wieku kieruje naszymi poczynaniami troska o stan ojczystego języka i o obecność w przestrzeni publicznej wartościowej literatury. Ogólnopolski Konkurs Recytatorski ciągle ma tu wielką rolę do spełnienia, jest budowaniem przestrzeni sprzyjającej realizacji tych zadań.
W sferze repertuaru nierzadko ustanawiamy patrona roku, częściej natomiast przypominamy i zachęcamy. W 71 Konkursie przypominamy bardzo ważne wydarzenie pokoleniowe – doświadczenie w dziejach nie tylko literatury, ale też życia społecznego. Był rok 1956 – rok Polskiego Października, trudnego, powolnego wychodzenia z ponurych mroków kultu jednostki, zniewolenia, niszczenia kultury, literatury. I w tym ciągle jeszcze bolesnym, ale już niosącym nadzieję czasie, powstała – skupiająca odważnych młodych pisarzy – Grupa Współczesność. Spotykali się, czytali swoje utwory, dyskutowali. I marzyli – przede wszystkim o druku tych utworów. W tej grupie był mój brat, wiele więc działo się w naszym mieszkaniu. Przemiany w życiu społecznym, politycznym dały im odwagę – zyskawszy groszowe wsparcie i podejmując ryzyko karalnego oszustwa (mając zgodę na tzw jednodniówkę, przekupili drukarza i nadali jej numer 1., a więc samowolną zapowiedź kolejnych numerów), poczęli wydawać pierwsze pismo odnowy – z tytułem Współczesność. Na państwowy kolportaż oczywiście też nie mogli liczyć, sprzedawali więc „z ręki” w kilku punktach w centrum stolicy (świeżo upieczony maturzysta, byłem pierwszy raz tak potrzebny w społecznym działaniu, sprzedawałem pod Klubem Prasy na rogu Alej i Nowego Światu). To wszystko stało się w październiku 1956 i było symbolicznym rozbiciem murów więzienia, do którego na wiele lat wtrącono sztukę, twórczość, słowo. W 2026 roku minie 70 lat od tego godnego pamięci czynu.



Ewa Wójciak wydała książkę. Wyznaje we Wprowadzeniu, że jest to opowieść w gruncie rzeczy autobiograficzna, że nawet kiedy mówi o Teatrze Ósmego Dnia – a była z nim związana ponad 50 lat – to mówi przede wszystkim o sobie. Czy taka postawa jest w ogóle możliwa po pól wieku bycia w jednym zespole? Zwłaszcza, że ten zespół manifestował swą wspólnotowość, pracował metodą kreacji zbiorowej… Wójciak zdaje się przewidywać tę fundamentalną wątpliwość w odbiorze czytelnika, podsuwa wyjaśnienia. My nie byliśmy wyłącznie projektem artystycznym – powiada. I wiedzie tę myśl: już na samym początku przyjęliśmy idealistyczne, fanatyczne założenie, że oto spotykamy się na całe życie. Siebie widzi jako matkę–założycielkę naczelnej idei – podstawą naszego zespołu było marzenie o powołaniu do życia autonomicznego mikroświata. I parę zdań później dodaje – …chodziło, przynajmniej mnie, o stworzenie takiego miejsca, w którym będę mogła żyć.
Po nieudanym egzaminie do Akademii Sztuk Pięknych, wybrał historię sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Malowania nie zaniechał, a rezultaty bardzo lubił pokazywać innym – wieszał obrazy i z ukrycia obserwował reakcje oglądających. Obrazy zobaczyła Irena Byrska i zaprosiła autora do scenograficznej współpracy przy sztuce robionej w Teatrze Akademickim KUL (Wanda Norwida 1967), w następnym roku powierzył mu takie zadanie Mieczysław Kotlarczyk, była także scenografia do Testamentu Villona w Studenckim Teatrze Gong-2 Andrzeja Rozhina. Po tych doświadczeniach, zapadła decyzja: własny teatr – na pograniczu malarstwa i teatru. Tak narodziła się – najpierw w ramach Teatru Akademickiego KUL – Scena Plastyczna. W pierwszym spektakl (Ecce homo 1970) Mądzik był bliżej malarstwa – zbudował przestrzeń z inspirowanych gotykiem trzech witraży (narodzin, miłości, śmierci), ich podświetlanie nadawało przestrzeni zmienność. Reżyserię powierzył koledze, na scenie pojawili się aktorzy; recenzent dobrze ocenił ruch sceniczny i utanecznione układ grup, a zwłaszcza scenografię i maski. Po raz pierwszy i ostatni w przestawieniach Mądzika ze sceny padły słowa – „dlaczego wywiodłeś mnie z łona”; potem zostaną już tylko słowa w tytułach. Narodzenia (1971) można określić jako następny krok w dochodzeniu do własnej poetyki scenicznej wypowiedzi. Dopiero trzecia premiera była w pełni autorska (scenariusz, scenografia, reżyseria), przekonywała, że mamy do czynienia z oryginalną, konsekwentnie realizowaną wizją teatru (Wieczerza 1972). Takich autorskich i „własnowizyjnych” zrobił 20.