Wyznanie trudne, ale konieczne

Czytaj więcej: Wyznanie trudne, ale konieczneWyznanie trudne, ale konieczne

W sprawozdaniu na XV Krajowy Zjazd Towarzystwa Kultury Teatralnej (przed dwoma laty), znalazł się taki fragment: Siły redakcji? Samo słowo „redakcja” jest swego rodzaju żartem, więc wiadomo o co idzie: dłuższa choroba (odpukać w niemalowane!) czy nadwyżka zajęć naczelnego bądź sekretarza i…nie ma pisma.

Przytaczamy te zdania, bo właśnie splot zdarzeń sprawił, że w „normalnym” czasie SCENY nie było. Ratujemy się – wydaniem zeszytu o zwiększonej objętości, z podwójną numeracją. Przepraszając Czytelników, uważamy za konieczne szersze wyjaśnienie, bowiem dalecy jesteśmy od pewności, że była to sytuacja wyjątkowa i że  się nie powtórzy. Przeciwnie – nasze przewidywania są zdecydowanie pesymistyczne. Zanim je sprecyzujemy, spełnijmy zapowiedź.
„Scena” – jako nowy tytuł organu TKT -  zaczęła ukazywać się w 1970 roku. Poważne kłopoty pojawiły się na przełomie lat 1980/90: upadło partnerskie Wydawnictwo Prasa ZSL, a Ministerstwo Kultury i Sztuki wycofało się ze wsparcia. W 1992 roku gotowy numer 3-4, nie został wydany. Zarząd Główny nigdy nie zgodził się z upadkiem pisma, pisaliśmy monity, petycje. Wreszcie udało się w roku 1997 – dostaliśmy pieniądze na jeden numer i obietnicę kontynuacji. Różnie z tym było, ale jakieś pieniądze pozyskiwaliśmy – nie takie, by stworzyć normalną redakcję i obsługę, praca była chałupnicza, ale w każdym roku wydawaliśmy od 4 do 6 numerów. Po jakimś czasie ustabilizowaliśmy rytm wydawniczy – SCENA jest kwartalnikiem, ukazuje się regularnie – w końcu kwartału. Stała jest objętość – 36 stron plus 4 strony okładki (kolor); to oznacza, że co kwartał trzeba pozyskać i opracować ok. 110 stron maszynopisów. Dokonaliśmy w 2009 roku zmiany szaty  graficznej – można to ująć krótko „był raczej biuletyn, jest czasopismo”.
Zespół redakcyjny to 3 osoby. Naczelny jest „sterem, żeglarzem, okrętem”: zamawia teksty, redaguje, opracowuje, układa numer, robi korektę, także pisze. Sekretarz redakcji – od połowy 2008 roku jest nim Anna Radulska-Cieliczko – odpowiada za skład i stronę graficzną. Jan Zdziarski zajmuje się administracją oraz kontaktami z drukarnią. Wszystkie te prace (z wyjątkiem symbolicznie honorowanego składu) wykonywane są bez wynagrodzenia.
Żyjemy dzięki dotacji MKiDN. Około 40 tys. rocznie. Główne koszty: druk 16 tys., honoraria autorów ok. 18 tys., skład, grafika, przygotowanie komputerowe 8,0 tys. Z koniecznego „udziału własnego” opłacamy m.in: usługi pocztowe, stronę internetową, materiały biurowe, czynsz redakcji, obsługę finansową, koordynację projektu. Najgorsze, że co roku musimy stawać do konkursu o dofinansowanie, co roku więc pytanie – „dadzą, nie dadzą?”. Zdarzyło się (2011), że nie dali (opinia ekspertów). Przetrwaliśmy. Nie stać nas na reklamę, promocję itp. Sprzedajemy się przez sieć KMPiK, ale koszt jest ogromny: ponad 50% ceny sprzedanego numeru. Prowadzimy kolportaż własny.
Profil pisma. Od początku zabiegaliśmy o określenie specyfiki, odrębności. Jesteśmy – zgodnie z podtytułem – „kwartalnikiem kultury i edukacji teatralnej”. Konsekwentnie zajmujemy się sprawami, którymi nie zajmują się (albo czynią to okazyjnie) inne pisma branżowe. Najprościej ukazać to można wskazując na główne działy: słowo (żywe słowo – ruch recytatorski, teatry słowa, słowo jako element teatru), teatr amatorski, teatr ludowy, teatr alternatywny (dzisiaj i historia), dziecko i teatr, teatr dla życia (socjo- i terapeutyczny), edukacja kulturalna. Śledzimy obecność (i nieobecność!) kultury teatralnej w poszczególnych środowiskach. Piszemy o teatrze  jednoosobowym, bo od lat współprowadzimy ogólnopolski festiwal tej formy; wiele miejsca poświęcamy teatrowi tańca. W miarę możliwości (nie stać nas na delegacje) opisujemy amatorskie, ale nie tylko, festiwale.
Autorzy. Płacimy kiepsko i to zawęża zespół stale piszących do kręgu pasjonatów i przyjaciół. W każdym numerze jest materiał redaktora naczelnego, nie tylko dlatego, że lubi pisać. Mamy grupę autorów „wychowanych” w SCENIE – tu zaczynali i niektórzy  trwają. Dochodzą nowi, wracają doraźnie „starzy”. Dużo wnoszą – choć to kosztuje wiele pracy redakcyjnej – studenci wiedzy o teatrze.
W takich warunkach wydajemy SCENĘ dokładnie 18 lat. Najpierw liczyliśmy, że Ministerstwo dokona rzetelnej oceny; jeśli wynik będzie dobry – zbliży dotację do uprzywilejowanych pism Biblioteki Narodowej, jeśli zły – adieu… Z tą nadzieją rozstaliśmy się, bo widzimy ile szczęścia daje urzędowi konserwowanie misterium status quo.
Skąd więc nasz upór? Dwa są powody. Historia czasopisma (ze zmieniającym się tytułem) liczy sobie 107 lat; ręka drży, gdy przychodzi ściąć ponadwiekowe drzewo. To powód pierwszy, a drugi – boli nas myśl, że część kultury teatralnej przez nas opisywana i sporym stopniu przez TKT animowana, nie doczeka się nawet odnotowania, zniknie także dla potomnych. Wszystko przecież, nawet upór ma swoje granice.

Raz jeszcze sięgnijmy do zjazdowego sprawozdania: Co dalej? Pytanie trzeba postawić, ale nie da się na nie odpowiedzieć w pełni. Można tylko tyle – dopóki wystarczy sił, bądź nie nastąpi katastrofa zewnętrzna. Otóż sił nie wystarcza; jeśli kontynuacja, to musi być wsparcie, bo nie ma powodu, by od pozyskanych do współpracy oczekiwać filantropii. Zatem złożymy raz jeszcze wnioski o dotację, oddamy je anonimowej ocenie, poczekamy na wynik. Tort ma być dzielony sprawiedliwiej – mówi nowy minister. Zobaczymy.

Redakcja kwartalnika SCENA



Warszawa, 25 listopada 2015 roku

Uczelnia i kultura? A komuż to potrzebne...

Czytaj więcej: Uczelnia i kultura? A komuż to potrzebne...Konferencja Rektorów Uczelni Artystycznych wystąpiła w 2013 roku z projektem – napisałem ten projekt i uzasadnienie – nowelizacji Prawa o szkolnictwie wyższym, konkretnie: przywrócenia obecności kultury w tej ustawie. Projekt złożono ministrom kultury i szkolnictwa – Bogdanowi Zdrojewskiemu i Barbarze Kudryckiej. Od Zdrojewskiego dokument schodził na coraz niższe biurko, po dwóch miesiącach wymęczono odpowiedź: wyjaśniono mi czym była studencka kultura, wyłożono jak dużo minister zrobił dla kultury w szkołach podstawowych i średnich, jak ogromnie troszczy się o kulturę studentów w rozmowach z min. Kudrycką. Barbara Kudrycka uznała, że odpowiadać nie warto.
Gdy jesienią nowelizacja nabrała tempa, wystosowałem apel do wicemarszałka Jerzego
Wenderlicha, przewodniczących sejmowych i senackich komisji kultury, edukacji, młodzieży oraz ich zastępców; w sumie – do ośmiu posłów i senatorów (w tym czterech nauczycieli akademickich). Od nich – żadnej odpowiedzi.

 

Całość artykułu „Uczelnia i kultura? A komuż to potrzebne...” w w Scenie 3-4 (83-84) 2015

Niezapomniany rok… – z Natalią Sikorą rozmawia Jarosław Gajewski

Czytaj więcej: Niezapomniany rok… – z Natalią Sikorą rozmawia Jarosław GajewskiJarosław Gajewski: W Teatrze Polskim ma pani swój spektakl „Natalia Sikora śpiewa Norwida”, bierze pani udział w czterech innych przedstawieniach, między innymi gra Rachelę w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego, w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Czy szkoła konkursu recytatorskiego ma wpływ na pani dzisiejszy stan sztuki aktorskiej, sztuki wokalnej? Czy pozostają jakieś związki z tamtym czasem
i z tamtym sposobem myślenia?
Natalia Sikora: Absolutnie tak. Nie zawsze oczywiście to daje się uchwycić, ale wspominam trening nad pewnym rodzajem koncentracji, bardzo specyficznym, kiedy mamy do czynienia z mówioną prozą czy z mówioną poezją – w szczególnej, tylko jej poświęconej konkretnie chwili. Uważam, że trening tego rodzaju koncentracji bardzo mocno otworzył mój organizm na późniejszą przestrzeń teatru, kiedy już komunikuję się z partnerem na scenie, albo kiedy towarzyszy temu muzyka. Myślę, że to jest najważniejsze z tamtej szkoły. Ale też nauczyłam się, żeby poszukiwać, bo zawsze sobie sami
wybieraliśmy teksty, które chcieliśmy mówić. I jeszcze wiązało się z czymś większym. Nie
chcę, żeby to dziwnie zabrzmiało, ale nie jest całkiem zwyczajne, że człowiek bardzo, bardzo młody jak ja wtedy, nie idzie na imprezę do miasta, tylko poświęca czas na dobrą imprezę z poezją. I ja to często wspominam, bo to trwało. Zresztą, do dzisiaj w moim życiu to jest rodzaj lekarstwa – kiedy mnie proza realnego życia potrafi przygnieść, uciekam do poezji. Bo tam jest wentyl i powietrze.

 

Całość artykułu „Niezapomniany rok… – z Natalią Sikorą rozmawia Jarosław Gajewski” w w Scenie 3-4 (83-84) 2015

Na zdjęciu: Natalia Sikora jako Rachela w „Weselu”, Teatr Polski w Warszawie. Fot. Krzysztof Bieliński.

Czarodziej w laboratorium teatralnym

Czytaj więcej: Czarodziej w laboratorium teatralnym„Jakkolwiek jednak będzie się przedstawiać organizacja teatru szkolnego (...), rola nauczyciela-kierownika – jak sądzę – w żadnym z tych wypadków nie powinna być umniejszona, chociaż w każdym z nich odegrana dyskretnie i taktownie. (...) trzeba być wyrozumiałym, ba! i to nie wystarcza, trzeba być czułym i wrażliwym, żyć z młodzieżą jej życiem (...).” Zatem na pewno nie osoba z zewnątrz, „aktor-specjalista może zaszkodzić raczej, niż pomóc”. W innym miejscu mocno podkreśla „nie chciałbym w tym kierowniku widzieć ’człowieka teatru’ zawodowego”. Istotą szkolnego teatru jest współpraca pedagoga z dziećmi; on nie narzuca a tylko organizuje reżyserię zbiorową. Nie przychodzi z gotowym egzemplarzem sztuki, raczej z mglistym pomysłem otwierającym perspektywę: „Będziemy chwytać w lot wszelki przejaw nieśmiały twórczości dziecka, cień tego przejawu, na tych przejawach i cieniach przejawów budować całość.” Nie usługa czy obsługa (rocznica, święto), nie wymyślony problem, nie forma spektaklu, nie aktorski popis wychowanków i gwiazdorstwo, nie ambicje instruktora-reżysera – dziecko i wyzwolenie jego twórczości, stanowi cel pierwszy i najważniejszy. Takie jest fundamentalne przesłanie dzieła i życia Lucjusza Komarnickiego.

 

Całość artykułu „Czarodziej w laboratorium teatralnym” w w Scenie 3-4 (83-84) 2015