Zawodowszczyzna

Czytaj więcej: Zawodowszczyzna„Amatorszczyzna” – pod takim tytułem ukazał się przed 60 laty artykuł podpisany przez redakcję „Pamiętnika Teatralnego”. Bardzo ważny artykuł, bo zarysowujący historię zniszczenia teatru amatorskiego w latach socrealizmu, sprowadzenia go do „amatorszczyzny”. Wyliczywszy rozmaite przyczyny, autorzy tekstu stwierdzają, że wszystkie one były „tylko bagatelką w porównaniu z podstawowym absurdem: powierzeniem ‘szefostwa’ nad amatorami aktorom zawodowym”. Bohdan Korzeniewski i Zbigniew Raszewski (oni stanowili redakcję pisma) dobrze wiedzieli, że ruch ochotniczy musi być odrębną instytucją, posiadającą własne metody pracy, własny repertuar, własny styl gry, własnych przywódców, własne cele. Własne czyli odmienne od teatru zawodowego.
Warto o tym kolejny raz przypominać? Nie tylko warto, ale koniecznie trzeba. Bo tego, co wiedzieli badacze, nie wiedzą rządzący. Więc historia się powtarza, stoimy w obliczu takiego samego zagrożenia, choć inne są powody. Wtedy – nakazowa polityka kulturalna, dzisiaj – brak polityki; wtedy – ruch nadzorowany, dzisiaj – porzucony, lekceważony, z ginąca kadrą instruktorów. I jeszcze przerażający brak programu, wizji kultury. Z tego zrodził się absurdalny system szkolnictwa artystycznego: o dotacji nie decyduje jakość kształcenia, ale liczba studentów.
Wynik – na wydział reżyserii przyjmowano 4 osoby, dzisiaj – 8. Takich wydziałów jest 6, jeśli z każdego wychodzi 5 absolwentów, to znaczy, że w ciągu 10 lat osiągnięto liczbę 300 nowych reżyserów. A żyje jeszcze tylu samo „starych”. Stałe teatry publiczne dają w roku 500 premier. Nawet gdyby wprowadzono kartki, dla wszystkich nie wystarczy. Z aktorami nie lepiej; w teatrach było kiedyś średnio 50 etatów aktorskich, dzisiaj – 15. A aktorów przybywa, bo nowe wydziały, bo studia przyteatralne, bo szkoły mistrzów, wicemistrzów i chłopców do podawania piłek. Wszystkie zarejestrowane przez ministra kultury, większość przez niego wspierana finansowo. Skutki już widać. Nie mając szans na pracę zgodną z wykształceniem, ruszyli zawodowcy na teren amatorów. Nic nie wiedzą o tym ruchu, nie rozumieją jego istoty, sensu społecznego (pokażcie w planie zajęć jedną godzinę poświęconą tym kwestiom). Nie znają środowiska, z którym zaczynają pracę, nie rozumieją jego problemów. Przywożą wydumane (nawet nie przez siebie, a przez dyżurnych ideologów) psudoproblemy i gotowe „projekty”, które wszędzie pasują, bo są „uniwersalne”. Przywożą też współpracowników – zawodowców i wsadzają ich do amatorskich zespołów, przekonując że to gwarantuje wysoki poziom. Idzie nawała i nie ma już miejsc nie zaatakowanych – domy kultury, szkoły, teatry studenckie, przedszkola i domy seniora.
Teatr amatorski przeżył w swych dziejach dwa przełomy. Pierwszy w latach 20. minionego wieku – teatr ludowy i robotniczy. Drugim był – zrodzony w ruchu studenckim, teatr alternatywny. Dzięki temu ruch ochotniczy od małpiarskiego naśladowania zawodowców przeszedł na teren twórczości, zyskał własne oblicze, opanował nowe terytoria, wniósł do sztuki scenicznej własne dokonania. Amatorzy nie dościgną zawodowców na ich terenie i lepiej żeby tego nie próbowali. Zawodowcy nie mogą osiągnąć tych celów, które decydują o racji i sensie istnienia amatorstwa. Mogą mu dać – poza szlachetnymi wyjątkami artystów stale pracujących z kształtującymi się w procesie działania zespołami – produkt wtórny lub podróbkę. Zawodowszczyznę.

Lech Śliwonik

Od redakcji

Multithumb found errors on this page:

Could not create image: /public_html/Scena/cache/multithumb_thumbs/b_200_150_16777215_00_images_2016_Scena_1_85_2016.jpg. Check if you have write permissions in /public_html/Scena/cache/multihumb_thumbs/

Czytaj więcej: Od redakcjiTego nie da się racjonalnie wytłumaczyć – w poprzednim numerze w zasadzie pożegnanie, bo ciernista droga, utracone siły, absurdalny system dotowania i dołowanie SCENY. I oto – choć nic się nie zmieniło, wychodzi kolejny numer. Moglibyśmy wprawdzie powiedzieć, że od chwili wznowienia wydawanie SCENY jest pozbawione jakiejkolwiek racjonalności i dlatego właśnie się ukazuje. Żeby jednak nie „wykręcać się sianem”, wyjaśnijmy serio. Uznaliśmy, że w kilku sprawach musimy zabrać głos, bo nikt inny tego nie zrobi. Zatem – jeszcze trochę wysiłku. Zobaczyliśmy, że system pozostał, ale nie jest już taki sam: nie jest automatem obsługującym posiadaczy abonamentu przyznanego przez ministra i Instytut Książki. Że dotacji po raz pierwszy od lat nie dostali  ci, którzy stawali nie do konkursu a po gwarantowany przydział. Zatem – jeszcze trochę cierpliwości. Wysiłek, cierpliwość – na tyle nas jeszcze stać.

Redakcja SCENY

O teatrze szkolnym niewiele się u nas pisze i jeszcze mniej myśli

Czytaj więcej: O teatrze szkolnym niewiele się u nas pisze i jeszcze mniej myśliGdyby jednak nauczyciel chciał zdobyć przygotowanie do teatralnej pracy z dziećmi – jakie miałby szanse?3 Od prawie dwudziestu lat wrocławska filia PWST prowadzi Podyplomowe Studia Reżyserii Teatru Dzieci i Młodzieży, drugi rok istnienia odnotowuje podyplomowe studium pedagogiki teatralnej, organizowane przez Instytut Kultury Polskiej UW oraz Instytut Teatralny im. Z. Raszewskiego. Razem to może objąć 40 osób rocznie. Ale dostępność to jeszcze jedna kwestia – koszty. Nie są małe (czesne, dojazdy, hotel), a na pomoc ze strony szkoły liczyć nie można. Różnego typu kursy i przyuczenia proponują tak zwane „ngosy”. Na przykład Polski Ośrodek ASSITEJ – Międzynarodowego Stowarzyszenia Teatrów dla Dzieci i Młodzieży, mimo że w swej nazwie mówi o teatrach dla dzieci, proponuje również kursy dla instruktorów, organizuje konkursy, wydaje repertuar dla teatrów dziecięcych.
Potrzeba takich działań jest oczywista, co jednak nie powinno oznaczać zwolnienia z refleksji nad stroną programową, nad pytaniem – jakie wzorce i postawy zamierza się kształtować. Warto na to spojrzeć. PO ASSITEJ swoją myśl buduje na metodzie dramy oraz na doświadczeniach bliźniaczych oddziałów za granicą. Środowisko związane z pedagogiką teatru wprost mówi, że kierująca działaniami idea wywodzi się z Niemiec. Kamila Paradowska w artykule Pedagogika teatru. Wprowadzenie do zagadnienia pisze: „dyscyplina, o której tu mowa to przede wszystkim tradycja i doświadczenie niemieckie.”4 Przykry to wniosek, zwłaszcza że w tym samym artykule autorka pisze, że „podstawową jednostką działania pedagoga teatru jest warsztat”5, który w krótkim opisie niewiele różni się od „laboratorium teatralnego” Komarnickiego. W początkach grudnia minionego roku Fundacja Wspierania Badań nad Życiem i Twórczością Heleny Modrzejewskiej (dlaczego właśnie ona?) wspólnie z Uniwersytetem Jagiellońskim zorganizowała konferencję naukową „Edukacja dla teatru a pedagogika teatralna”; z 8 wyznaczonych celów, połowa sprowadzała się do przenoszenia na grunt polski zdobyczy niemieckich. W tym zestawie pełne zdumienie budzi szczególnie taki punkt „Promocja niemieckich wzorców oraz identyfikacja polskich praktyk”. Nie odwrotnie! Na swoisty paradoks wygląda fakt, że jeden z twórców pedagogiki teatru urodził się siedem lat po śmierci autora Teatru szkolnego. Rodzimy dorobek poszedł w zapomnienie. Daje się narzędzia, lekceważąc sferę idei.

 

Grzegorz Bucholc


Całość artykułu „O teatrze szkolnym niewiele się u nas pisze i jeszcze mniej myśli” Grzegorza Bucholca w Scenie 1 (85) 2016

Na zdjęciu: dziecko-szkoła-teatr – jak uchronić ten dziecięcy zachwyt dla teatru? Fot. Archiwum SCENY.