Zawodowszczyzna

b_220_220_16777215_00_images_onas_logo.png„Amatorszczyzna” – pod takim tytułem ukazał się przed 60 laty artykuł podpisany przez redakcję „Pamiętnika Teatralnego”. Bardzo ważny artykuł, bo zarysowujący historię zniszczenia teatru amatorskiego w latach socrealizmu, sprowadzenia go do „amatorszczyzny”. Wyliczywszy rozmaite przyczyny, autorzy tekstu stwierdzają, że wszystkie one były „tylko bagatelką w porównaniu z podstawowym absurdem: powierzeniem ‘szefostwa’ nad amatorami aktorom zawodowym”. Bohdan Korzeniewski i Zbigniew Raszewski (oni stanowili redakcję pisma) dobrze wiedzieli, że ruch ochotniczy musi być odrębną instytucją, posiadającą własne metody pracy, własny repertuar, własny styl gry, własnych przywódców, własne cele. Własne czyli odmienne od teatru zawodowego.
Warto o tym kolejny raz przypominać? Nie tylko warto, ale koniecznie trzeba. Bo tego, co wiedzieli badacze, nie wiedzą rządzący. Więc historia się powtarza, stoimy w obliczu takiego samego zagrożenia, choć inne są powody. Wtedy – nakazowa polityka kulturalna, dzisiaj – brak polityki; wtedy – ruch nadzorowany, dzisiaj – porzucony, lekceważony, z ginąca kadrą instruktorów. I jeszcze przerażający brak programu, wizji kultury. Z tego zrodził się absurdalny system szkolnictwa artystycznego: o dotacji nie decyduje jakość kształcenia, ale liczba studentów.
Wynik – na wydział reżyserii przyjmowano 4 osoby, dzisiaj – 8. Takich wydziałów jest 6, jeśli z każdego wychodzi 5 absolwentów, to znaczy, że w ciągu 10 lat osiągnięto liczbę 300 nowych reżyserów. A żyje jeszcze tylu samo „starych”. Stałe teatry publiczne dają w roku 500 premier. Nawet gdyby wprowadzono kartki, dla wszystkich nie wystarczy. Z aktorami nie lepiej; w teatrach było kiedyś średnio 50 etatów aktorskich, dzisiaj – 15. A aktorów przybywa, bo nowe wydziały, bo studia przyteatralne, bo szkoły mistrzów, wicemistrzów i chłopców do podawania piłek. Wszystkie zarejestrowane przez ministra kultury, większość przez niego wspierana finansowo. Skutki już widać. Nie mając szans na pracę zgodną z wykształceniem, ruszyli zawodowcy na teren amatorów. Nic nie wiedzą o tym ruchu, nie rozumieją jego istoty, sensu społecznego (pokażcie w planie zajęć jedną godzinę poświęconą tym kwestiom). Nie znają środowiska, z którym zaczynają pracę, nie rozumieją jego problemów. Przywożą wydumane (nawet nie przez siebie, a przez dyżurnych ideologów) psudoproblemy i gotowe „projekty”, które wszędzie pasują, bo są „uniwersalne”. Przywożą też współpracowników – zawodowców i wsadzają ich do amatorskich zespołów, przekonując że to gwarantuje wysoki poziom. Idzie nawała i nie ma już miejsc nie zaatakowanych – domy kultury, szkoły, teatry studenckie, przedszkola i domy seniora.
Teatr amatorski przeżył w swych dziejach dwa przełomy. Pierwszy w latach 20. minionego wieku – teatr ludowy i robotniczy. Drugim był – zrodzony w ruchu studenckim, teatr alternatywny. Dzięki temu ruch ochotniczy od małpiarskiego naśladowania zawodowców przeszedł na teren twórczości, zyskał własne oblicze, opanował nowe terytoria, wniósł do sztuki scenicznej własne dokonania. Amatorzy nie dościgną zawodowców na ich terenie i lepiej żeby tego nie próbowali. Zawodowcy nie mogą osiągnąć tych celów, które decydują o racji i sensie istnienia amatorstwa. Mogą mu dać – poza szlachetnymi wyjątkami artystów stale pracujących z kształtującymi się w procesie działania zespołami – produkt wtórny lub podróbkę. Zawodowszczyznę.

Lech Śliwonik